- Szczegóły
- RatownikPL
- Kategoria: AKTUALNOŚCI PRASOWE
- Odsłony: 5061
Karetka na sygnale przyjechała do mężczyzny, który - jak się wydawało mieszkańcom ulicy Palacza w Poznaniu - zginął pod kołami samochodu. Okazało się jednak, że pojazd zaparkowany obok Parafii pod Wezwaniem Chrystusa Sługi to zachęta do rekolekcji, a postać do złudzenia przypominająca nieżywego człowieka to... manekin. O sprawie poinformował nas @Karol.
"Ulica Palacza 3, Poznań. Przed kościołem leży manekin. Ktoś zadzwonił po pomoc. Karetka pogotowia i policja przyjechały na sygnale do reklamy! Patrol rozmawiał z proboszczem parafii" - napisał @Karol.
O zwłokach leżących pod samochodem osobowym pogotowie poinformowali zaniepokojeni mieszkańcy osiedla. Zawiadomili także policjantów. Bezwładne ciało przestraszyło ludzi, którzy zanim podeszli do pojazdu, zdecydowali się ściągnąć pomoc. Nie zauważyli napisu wewnątrz Fiata: "A może Twoja dusza potrzebuje remontu. Wielki Post" i skrzynki z narzędziami ułożonej koło manekina.
Pod kościół przyjechała karetka na sygnale, a także policyjny radiowóz. Jak relacjonował Andrzej Borowiak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, ksiądz wyszedł do policjantów. Po rozmowie z mundurowymi obiecał usunąć niezrozumiały projekt. Próbowaliśmy skontaktować się z księdzem i zapytać o cel takiej instalacji. Nie udało się nam jednak dodzwonić.
- Szczegóły
- RatownikPL
- Kategoria: AKTUALNOŚCI PRASOWE
- Odsłony: 4995
Szpital im. Jonschera ma dosyć zdrowych ludzi, oblegających oddział ratunkowy. Uprzejmie prosi, by pomocy szukali gdzie indziej.
W nocy z poniedziałku na wtorek do szpitalnego oddziału ratunkowego (SOR) w Szpitalu im. Jonschera przyszedł mężczyzna, który twierdził, że... gwałtownie zmniejsza mu się poziom inteligencji. - Jest usprawiedliwiony, bo wylądował u psychiatry - mówią lekarze. - Ale inny pacjent, który zgłosił się o 2 w nocy, już nie. Powiedział, że nie może spać przez drzazgę, którą wbił sobie w palec poprzedniego dnia rano. Drzazga była malutka, a człowiek zdrowy psychicznie.
Kiedy do SOR-u przyszła kobieta, by zmierzyć sobie temperaturę, bo w domu nie ma termometru, wszystkim lekarzom i pielęgniarkom opadły ręce. Ale pacjenci, którzy przychodzą po pomoc po pięciu dniach infekcji, nikogo już w szpitalu przy ul. Milionowej nie dziwią. Wiadomo, nie chciało im się czekać w kolejce do lekarza rodzinnego albo liczą na darmowe prześwietlenie płuc. Ci, którzy mają powrastane paznokcie, powinni iść do poradni chirurgicznej, ale najpierw musieliby się pofatygować po skierowanie. Łatwiej nad ranem zapukać do SOR-u. Latem w środku nocy ludzie potrafią poprosić o wyciągnięcie tygodniowego kleszcza. A ostatnio na oddziale wylądowała staruszka, która miała bóle brzucha od 10 dni. Nie zgłosiła się wcześniej, bo nie mogła sama wyjść z domu. Akurat odwiedziła ją rodzina, zapakowała babcię w samochód i zawiozła do szpitala.
- Szczegóły
- RatownikPL
- Kategoria: AKTUALNOŚCI PRASOWE
- Odsłony: 6202
Straż miejska założyła blokady dwóm źle zaparkowanym ambulansom, a ich kierowcom dała mandaty. - To pojazdy jak każde inne, jeśli nie jadą na sygnale, nie mają żadnych przywilejów - tłumaczy Przemysław Piwecki, rzecznik straży miejskiej.
Do zdarzenia doszło w poniedziałkowe popołudnie na poznańskim Grunwaldzie, przy ul. Kłuszyńskiej. Auta stały w miejscu nieprzeznaczonym do parkowania, ale za to w pobliżu mieszkań kierowców. - Obaj byli wtedy na dyżurach: mieli być pod telefonem, ale mogli na wezwanie czekać w domach - tłumaczy Piotr Awuku, dyspozytor Kolumny Transportu Sanitarnego Triomed, do której należą samochody. To właśnie on zawiadomił TVN 24, które jako pierwsze podało informację o zdarzeniu. Straż miejską natomiast prawdopodobnie wezwali sąsiedzi.
Awuku przyznaje, że auta stały na chodniku, ale zapewnia, że przejścia nie blokowały. I wyjaśnia, że karetki Triomedu dyżurują na zlecenia szpitali: - W ramach tych umów wozimy pacjentów, krew i narządy do przeszczepów. Dlatego kierowcy muszą czekać na telefon i jechać, gdy trzeba. A z zablokowanym kołem jechać się nie da.
- Szczegóły
- RatownikPL
- Kategoria: AKTUALNOŚCI PRASOWE
- Odsłony: 5068
61 pracowników zwolni Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego w Toruniu. Taki jest efekt utraty kontraktu NFZ na nocną i świąteczną opiekę medyczną. Pogotowiu nie pierwszy raz w ostatnim roku pieniądze przeszły koło nosa.
Rozpisany przez Narodowy Fundusz Zdrowia konkurs na nocną i świąteczną opiekę zdrowotną wygrały w Toruniu prywatne przychodnie Citomed i Rudak-Med. W związku z tym pogotowie musi zwolnić część pracowników. Dotąd załoga liczyła 250 osób, z czego 130 pracowało na etatach, a reszta - lekarze i pielęgniarki - na kontraktach. - Rozwiązaliśmy już 25 kontraktów z lekarzami i 10 z pielęgniarkami - mówi wicedyrektor stacji Wiesław Brosdowski. - W sumie pracę u nas straci 61 osób. Musimy m.in. zlikwidować 11 i pół etatu.
Dlaczego tak duża placówka jak pogotowie przegrała konkurs? - Po zmianie przepisów jego warunki były zupełnie nie dla nas - tłumaczy wicedyrektor. - NFZ wymaga np. żeby w miejscu przyjmowania pacjentów w nocy i święta był rentgen. Żeby świadczyć takie usługi, musielibyśmy wybudować przychodnie. To się mija z celem.
- Szczegóły
- dyspozytor
- Kategoria: AKTUALNOŚCI PRASOWE
- Odsłony: 5950
U 2-letniego Miłosza lekarka rozpoznała posocznicę. Zamiast wezwać karetkę poleciła rodzicom na własną rękę dostać się do oddalonego o 40 km szpitala w Koszalinie. W drodze chłopiec zmarł. Lekarka nie chce komentować sprawy, a eksperci są zgodni: dziecko do szpitala powinno jechać pod opieką lekarza. Sprawę bada prokuratura.
Chłopiec poczuł się źle. Pierwszy lekarz, do którego trafiło dziecko przepisał antybiotyk. Ponieważ chłopiec wciąż skarżył się na ból brzucha, rodzice postanowili zasięgnąć opinii jeszcze jednego lekarza. Pożyczyli samochód i z miejscowości Naćmierz pojechali do Sławna. W drodze reanimowali umierającego syna. Lekarka, która przyjęła rodzinę Lincerskich w Sławnie zdiagnozowała u chłopca posocznicę, i wysłała rodzinę do szpitala w Koszalinie.
- Koło Sianowa mówię, sprawdzę, czy syn dobrze oddycha. No ale jak przyłożyłam mu ucho do nosa, to mój synek już nie oddychał - mówi mama Miłosza, pani Monika.
"Karetka za dużo by kosztowała?"
Dlaczego lekarka ze Sławna nie wezwała karetki? Odpowiedzi na to pytanie szuka prokuratura.
Według specjalistów medycyny ratunkowej, Miłosz w takim stanie, w jakim się znajdował nie miał prawa jechać prywatnym samochodem. Powinien być transportowany karetką, pod opieką ratowników, którzy dysponując specjalistycznym sprzętem w każdej chwili mogli rozpocząć skuteczną reanimację dziecka.
