W sytuacjach, gdy zagrożone jest zdrowie lub życie ludzkie, najważniejszy jest czas. A ten się wydłuża, bo nierzadko dzwoniący na pogotowie czekają 7 minut na połączenie z dyspozytorem, ten – również nierzadko – wysyła karetkę pod zły adres, a w efekcie osoba potrzebująca czeka na pomoc nawet 40 minut. Największe cięgi zbierają ratownicy, bo to do nich mają pretensje pacjenci i ich rodziny. Młodzi Demokraci wskazują na wojewodę i chcą jego odwołania.
Wojewoda Marian Podziewski podjął pod koniec ubiegłego roku – zgodnie z rozporządzeniem ministerialnym - decyzję o likwidacji dyspozytorni ratownictwa medycznego działających w kilkunastu miastach powiatowych. Elbląska dyspozytornia przestała działać w połowie sierpnia. Jedyną, główną dyspozytornią jest obecnie ta w Olsztynie - Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego.
I, delikatnie mówiąc, są problemy.
Ratownicy: Jesteśmy na pierwszej linii ognia
- Od sierpnia zdarzyło się wiele nieprzyjemnych sytuacji, a my jesteśmy na pierwszej linii ognia i musimy tłumaczyć pacjentom, dlaczego na przykład karetka pojechała pod zły adres , dlaczego bardzo długo czekało się na karetkę, dlaczego ktoś nie mógł się połączyć z CPRem [Centrum Powiadamiania Ratunkowego – red.] - mówi Michał Missan, koordynator Działu Ratownictwa Medycznego w Elblągu. - Tłumaczymy się również z tego, dlaczego dwie karetki przyjechały pod jeden adres. Taka sytuacja jest groźna, bo dwa zespoły w Elblągu to 50 procent całego stanu. Wspomnianych przypadków było w Elblągu i w powiecie dotychczas tyle, że – jak twierdzą ratownicy - brakuje palców u obu rąk, by je zliczyć. Czy zagrażały one życiu ludzi?
- W mojej ocenie – tak – mówi Michał Missan. – Jednak to, że karetki jeżdżą pod złe adresy to nie wina dyspozytorów w Olsztynie – tłumaczy. - Nie można tych ludzi obwiniać. Ja im współczuję, bo obarczono ich problemem, któremu nie zawsze są w stanie sprostać. Nie znają topografii , z czym z kolei dyspozytorzy elbląscy nie mieli kłopotów.
W efekcie dzwoniąc po karetkę pogotowia najpierw długo czekamy na zgłoszenie, później tłumaczymy dyspozytorowi, gdzie jest miejsce zdarzenia, następnie dyspozytor przyjmujący przekazuje to dyspozytorowi, który dysponuje zespół. Jeśli przekaże niekompletne informacje, zespół nie wie, gdzie jechać. - Takie sytuacje zdarzają się niemal codziennie – zauważa Michał Missan.
Czas oczekiwania na przyjazd karetki wydłuża się nawet do 40 minut, gdzie w mieście takim, jak Elbląg, powinien być to czas 15 minut, a poza miastem – 20 minut.
- Dziś w nocy zespół jechał do pacjenta w Markusach godzinę – mówi Michał Missan.
Dodatkowym problemem jest brak wyposażenia elbląskich karetek w sprzęt, który ułatwi komunikację z dyspozytorem w Olsztynie.
- Nie mamy paneli statusów i sprzętu do współpracy z CPRem, ale to dlatego, że mamy dostać pieniądze z projektu w ramach współpracy trans granicznej Litwa-Polska-Rosja i dużą niegospodarnością byłoby wydawanie swoich pieniędzy teraz na ten sprzęt – wyjaśnia Michał Missan. - Koszt zakupu takiego sprzętu to 50 tys. euro, czyli 200 tys. zł. W maju informowaliśmy o tym pana wojewodę prosząc jednocześnie, by wstrzymał decyzję o przyłączeniu Elbląga do dyspozytorni w Olsztynie. Otrzymaliśmy odpowiedź negatywną. W tej chwili działamy na komórkach – kontynuuje szef elbląskich ratowników. - W ostatnim czasie nadajniki dwóch sieci były przebudowywane , były więc też problemy z łącznością.
Czytaj więcej: portel.pl

Komentarze
I będą z uporem maniaka(decyden ci)przekonywać opinie społeczną o wspaniałości systemu, i z jak bardzo indolentnymi dyspozytorami i ratownikami mają do czynienia.
WSTYD,WSTYD,WSTYD - PANIE MINISTRZE ARŁUKOWICZ, PROSZĘ, NIECH PAN NAS UWOLNI OD SWOICH DYLETANTÓW[/b
NIE POTRAFICIE NAM POMÓC, TO NAM CHOCIAŻ NIE PRZESZKADZAJCIE