Mirosławowi K. mijały ostatnie sekundy życia, podczas gdy dyspozytorka pogotowia dopytywała, czy komenda policji to budynek prywatny, a lekarz dyżurny odpoczywał w swoim pokoju. Minęło prawie osiem minut od przyjęcia zgłoszenia, zanim dobudzono medyka i ambulans wyjechał
z bazy. Zamiast skruchy przyjaciele lekarza mają żal, że dyrektor pogotowia odsunął ich kolegę od dyżurów, i na znak solidarności odeszli z pracy.
Od czasu objęcia w 2006 r. funkcji dyrektora Stacji Pogotowia Ratunkowego SPZOZ w Białej Podlaskiej przez Romana Filipa firma z roku na rok ma się coraz lepiej. Zarobki ratowników i lekarzy należą do najwyższych w Polsce, placówka może pochwalić się nowoczesnym i nieustannie modernizowanym sprzętem. Na dodatek przynosi zyski (około 2 mln zł rocznie). Budzi to zazdrość ze strony jednostek konkurencyjnych, które często nie wychodzą nawet na zero.
Dobre warunki płacowe, możliwość specjalizacji i praca na najnowocześniejszych urządzeniach przyciągają do bialskiego pogotowia lekarzy z całej Polski. Kilka lat temu dotarła tu tzw. grupa białostocka, czyli Irena Kuczko z Hajnówki (przez pewien czas pełniła funkcję zastępcy dyrektora ds. lecznictwa, ale nie zdała specjalizacji z ratownictwa medycznego i musiała ustąpić), Joanna Florczuk-Leończuk z Bielska Podlaskiego, Białorusinka Olga Karoza mieszkająca w Białymstoku oraz Piotr P. z Hajnówki. To ten ostatni pełnił dyżur feralnej nocy, gdy zmarł Mirosław K.
Umierał w celi
Tuż przed południem w poniedziałek 16 kwietnia do bialskiego PDOZ, czyli na tzw. dołek, trafił do wytrzeźwienia 48-letni Mirosław K. Wcześniej wywołał pod wpływem alkoholu awanturę domową, podczas której wybił okno. Lekarz nie stwierdził przeciwwskazań do umieszczenia go w areszcie. Gdy pół godziny przed północą Mirosław K. zaczął uskarżać się na złe samopoczucie, policjanci wezwali pogotowie. Zespołem ratowniczym kierował lekarz Jacek B. z Parczewa, specjalista chorób wewnętrznych, sześć lat temu pełniący obowiązki dyrektora SPZOZ w Parczewie. Podał aresztantowi leki, po których jego stan się poprawił, oraz przeprowadził z nim rozmowę na temat szkodliwości nadużywania alkoholu.
Dwie i pół godziny później policjanci ponownie wezwali karetkę, gdy mężczyzna stracił przytomność i spadł z pryczy. O ile poprzedni ambulans jechał na miejsce około pięciu minut, tym razem zajęło mu to ponad trzynaście. – Prokuratura bada, czy opóźnienie to miało związek ze śmiercią człowieka, dlatego w tym momencie nie łączę tych faktów. Niemniej zostały naruszone obowiązujące w naszej firmie procedury i w związku z tym musiałem wyciągnąć wobec winnych konsekwencje – wyjaśnia Filip. – Dyspozytorka, której winę uważam za największą, została zwolniona dyscyplinarnie. Lekarza zaś odsunąłem od pełnienia w naszej jednostce dyżurów i ukarałem kwotą dziesięciu procent wartości kontraktu.
Złamano procedury
Co zbroiła dyspozytorka, że jej wina jest największa? – W mieście powyżej 10 tysięcy mieszkańców, a takim jest Biała Podlaska, czas dojazdu ambulansu na miejsce zdarzenia wynosi maksymalnie osiem minut – podkreśla Filip. – Tymczasem karetka została uruchomiona dopiero po ośmiu minutach, kiedy powinna już być na miejscu. Wielokrotnie odsłuchiwałem nagranie i włosy stawały mi na głowie, że w mojej firmie mogło do czegoś takiego dojść. Policjant zadzwonił, podał imię, nazwisko, stopień i skąd jest, potem tłumaczył, że pacjent słabnie i traci przytomność, informując, że niedawno było u niego już raz pogotowie. Tymczasem dyspozytorka z uporem dopytywała go, skąd dzwoni, gdzie się znajduje, czy komenda to dom prywatny, czy blok. Po kilku minutach policjant znów zadzwonił, mówiąc, że przystąpiono do reanimacji aresztanta. Po minucie telefonował po raz trzeci, dopytując, czy jedzie do nich karetka. Dyspozytorka poinformowała go, że tak, chociaż ambulans stał na wprost jej stanowiska przed oknem. Nie mogła się pomylić, bo przed oczami ma monitor, na którym widzi pozycję każdej karetki na mapie oraz terminal statusu, święcący kolorami, gdy karetka jest w drodze.
Doktor nie słyszał
Po przyjęciu zgłoszenia dyspozytor uruchomił brzęczyk sygnalizujący wyjazd. Lekarz twierdzi, że go nie słyszał. Usłyszeli za to ratownicy i pobiegli do ambulansu. Jeden z ratowników uważa, że powodem tego mogło być przemęczenie lekarza, który pełnił dyżury zarówno w bialskim pogotowiu, jak i w innych jednostkach.
Jeżeli po minucie lekarz nie zjawia się w karetce, dyspozytorka ma obowiązek do niego zadzwonić albo iść go obudzić. Jeśli nie może, wysyła kogoś po niego. Jednak to dopiero ratownicy z karetki kazali jej wezwać lekarza. Zanim się zebrał, minęły kolejne minuty. – Gdybym to ja był członkiem rodziny tego pacjenta, własnoręcznie pobiłbym dyrektora za to, że trzyma i toleruje takich ludzi – twierdzi Filip. – Proszę się nie dziwić, że wobec winnych zaniedbań podjąłem takie a nie inne decyzje. Pogotowie to nie sypialnia ani gospoda. Pracownicy muszą zrozumieć, że to my jesteśmy dla społeczeństwa, a nie odwrotnie.
17 godzin leżenia
W ostatnim czasie do redakcji wpłynęło kilka anonimów, w których zarzucano dyrektorowi, że ratownicy muszą spać pod nieświeżymi, czasem dziurawymi kocami, a tygodniami nie są naprawiane kuchenki mikrofalowe.
Filip: – Dziwi mnie upublicznianie takich pretensji, gdy ja z publicznych środków nie mam prawa nikomu płacić za spanie. Ratownicy mają na bazie plazmowy 42-calowy telewizor, fotele, kuchenki, lodówkę. To dziwne, że nie mają do mnie pretensji, że brakuje im czegoś z leków, a toczą boje o poszewki i koce. Łóżka nie służą do spania, co najwyżej odpoczynku po ciężkim wyjeździe. Czy ktoś sobie wyobraża, że policjanci leżą na komendzie i czekają, aż ktoś po nich zadzwoni? Aby pogotowie realizowało swoje zadania, musi mięć dobry sprzęt. I ja o to dbam. Nie oszczędzam też na szkoleniach. Wymagam jedynie dyspozycyjności i rzetelnej pracy. W Białej Podlaskiej ambulans jeździ średnio siedem razy na dobę, co daje siedem godzin pracy jednego zespołu. Na leżenie ratownikom pozostaje więc 17 godzin. W Międzyrzecu Podlaskim karetka pracuje trzy godziny w ciągu doby, czyli zostaje 21 godzin leżenia.
Solidarni z Piotrem P.
W geście solidarności z odsuniętym od dyżurów Piotrem P. z pracy w bialskim pogotowiu zrezygnowało trzech innych lekarzy z tzw. grupy białostockiej. Popiera ich część związkowców, która na forach internetowych nie kryje oburzenia. Ludzie ci twierdzą, że dyrektor nasyła na nich nieustannie kontrole, zaś niepokorni pozbawiani są premii.
– Te oskarżenia są absurdalne – ripostuje Filip. – W tym roku sprowadzono mi na głowę dwie kontrole w sprawie nierównego traktowania pracowników. Żadna nie wykazała nieprawidłowości. Karę w postaci pozbawienia premii otrzymało sześciu na ponad dwustu zatrudnionych. Wszystkie kary były, co zweryfikowała inspekcja pracy, zasadne.
Niedawno w bialskim pogotowiu powstał IV Związek Zawodowy Pracowników Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białej Podlaskiej, będący w opozycji do dotychczas istniejących związków. Osoba podająca się za jego członka przesłał nam maila, zastrzegając sobie jednocześnie anonimowość z obawy przed represjami ze strony kolegów z pracy. „Ci ludzie działają podobnie jak związkowcy w nieistniejącym już bialskim PKS. Nie chcemy skończyć podobnie jak tamci, dlatego postanowiliśmy się im przeciwstawić. Co rusz pojawiają się rożne prywatne firmy, aby wysondować sytuację na bialskim rynku. Zależy im na doprowadzeniu naszej firmy do ruiny. Wychodzą do nas z różnymi propozycjami. My uważamy, że obecny dyrektor bardzo dobrze zarządza pogotowiem, przeprowadził nas poprzez najtrudniejszy okres, zarabiamy godziwie i cały czas generujemy zyski” – czytamy w mailu.
Białostocki pucz
Odejście czwórki lekarzy z bialskiego pogotowia nie odbiło się w żaden sposób na jego funkcjonowaniu. – Nie tyle odsunięcie od dyżurów, co kara finansowa, jaką wyznaczyłem lekarzowi, zabolała go najbardziej. A on obraził się i odszedł. Lekarze solidaryzujący się z nim tworzą iluzję jakiegoś grupowego puczu, tymczasem mamy na dwa miesiące ułożone grafiki. Rocznie w naszej firmie rotacji podlega 7-10 lekarzy, więc jest to normalne zjawisko. Bazujemy przede wszystkim na miejscowych medykach, bo mam pewność, że u nas zostaną – tłumaczy Filip.
Niedawno w Międzyrzecu Podlaskim lekarka odmówiła wyjazdu do wypadku z udziałem policjanta, tłumacząc, że to jej znajomy. Dyspozytorka wysłała więc ambulans z Radzynia Podlaskiego, pozostawiając miasto na dwie i pół godziny bez karetki. – Muszę w podobnych przypadkach dyscyplinować moich ludzi. Ratownicy w naszej stacji zarabiają do 28 zł za godzinę, co daje możliwość wypracowania 672 zł za dobę. Znane warszawskie prywatne pogotowie płaci ratownikom po 7 zł na godzinę – dodaje dyrektor bialskiego pogotowia.
Średnie zarobki u niego na etacie to 2928,91 zł brutto. W zeszłym miesiącu żaden z parczewskich czy terespolskich kontraktowców nie zarobił poniżej 6 tys. zł. Rekordziści z Białej Podlaskiej, Radzynia Podlaskiego i Międzyrzeca Podlaskiego wyciągnęli ponad 10 tys. zł. Dane te pochodzą z oficjalnych dokumentów płacowych firmy.
Ryszard Fedyk
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Źródło: slowopodlasia.pl

Komentarze
Co do decyzji dyrektora w sprawie dyspozytorki popełnił chyba błąd!.Dobrze wszyscy wiemy jak lekarze zbieraja sie do wyjazdu w nocy trzeba nawet czekac 5min zanim wsiądzie a wyjazd w kodzie pierwszym.Dlacz ego pretensje do dyspozytora ze wypytyje o szczegóły jaki budynek itp.skoro np.dyspozytor wie że kierowcą jest osoba co wogóle nie zna terenu mowa o kontraktowych.