Pochylić się, zadzwonić po pomoc, udać, że leżącego nie widzimy? Wychodzi na to, że każde rozwiązanie jest złe. - Ja chciałam pomóc i cholera mnie bierze, bo nic z tego nie wyszło - irytuje się Zofia Jakubowicz
- Przez pół godziny próbowałam sprowadzić pomoc do leżącego na przystanku człowieka. W końcu straciłam siłę i odeszłam, ale nie mogę o tym myśleć w spokoju - mówi. Pani Zofia opowiada, że w ubiegłą środę czekała na autobus na przystanku na Kurczakach. - Ten człowiek leżał na ławce. Dość biednie ubrany, ale ani brudny, ani zaniedbany. Miał sine ręce i twarz - opowiada. - Zadzwoniłam pod numer 112. Podałam swoje dane, miejsce, gdzie leży człowiek. Przyjmujący zgłoszenie spytał, czy leżący oddycha. Opowiedziałam, że nie wiem, więc powiedział, że przełączy mnie do dyspozytora pogotowia. Dyspozytor zadawał te same pytania. Kazał mi przewrócić mężczyznę na plecy i sprawdzić, czy oddycha. Tyle że ja mam 80 lat i chodzę o kulach. Sama nie dałabym rady. Poprosiłam o pomoc jakiegoś młodego mężczyznę. Wyszło, że człowiek oddycha. Obwąchaliśmy go. Nie było czuć alkoholu.
Jak zakończyła się rozmowa z dyspozytorem? - Po przeprowadzeniu wywiadu uznał, że pomoc pogotowia nie jest konieczna. Poradził, żebym zadzwoniła do straży miejskiej.
Pani Zofia przyznaje, że tego telefonu już nie wykonała. - Minęło kilkadziesiąt minut, przepuściłam trzy autobusy. Uczciwie mówię, straciłam siły, żeby działać dalej - opowiada. - Trochę tego mężczyznę z młodym przechodniem szarpaliśmy, próbowaliśmy cucić. Udało się go posadzić. Powiedział, że czuje się dobrze, ale nie wyglądał, jakby był do końca przytomny. Uważam, że ten człowiek potrzebował pomocy.
Racje pogotowia przedstawia Danuta Szymczykiewicz, rzeczniczka Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego: - Pomocy ma obowiązek udzielić każdy. Ignorowanie potrzebującego jest zagrożone karą do trzech lat więzienia.
A co, jeśli - tak jak w przypadku opisywanym przez panią Zofię - karetka nie przyjeżdża? - Należy działać dalej - przekonuje Szymczykiewicz. - Rozumiem, że sytuacja wyglądała trochę niezręcznie, ale mam przekonanie, że dyspozytor wiedział, co robi, radząc telefon do straży miejskiej. Dziennie mamy nawet kilkadziesiąt podobnych zgłoszeń. Gdyby karetki jeździły do każdego takiego wezwania, groziłby nam paraliż i ucierpieliby pacjenci, których życie jest zagrożone.
W pogotowiu przyznają, że bardzo wiele zgłoszeń dotyczy osób zamroczonych alkoholem. Ich transportem do Miejskiego Ośrodka Profilaktyki i Terapii Uzależnień zajmują się strażnicy miejscy. - Sprawdzę dokładnie, jak było z tym wezwaniem, jakie informacje uzyskał dyspozytor i czy działał prawidłowo. Proszę pamiętać, że nasi dyspozytorzy, których zadaniem jest weryfikowanie pilności zgłoszeń, to specjaliści z medycznym wykształceniem, świadomi, że ciąży na nich wielka odpowiedzialność.
Więcej: lodz.gazeta.pl
Człowiek leży na ulicy. Jak pomagać, żeby pomóc?
- Szczegóły
- RatownikPL
- Kategoria: AKTUALNOŚCI PRASOWE
- Odsłony: 2727

Komentarze