Na ul. Małeckiego w Poznaniu zasłabł człowiek. Świadkowie wezwali pomoc - relacjonuje wyborcza.pl. - Mija 10 minut, kolejne 10 minut.... Na miejscu zdarzenia zjawiała się straż miejska, potem policja - spisują, odpytują, a karetki wciąż nie ma. Przyjechała po 40 minutach
Co się wydarzyło na Małeckiego? Zeznania świadków, pogotowia ratunkowego i centrum powiadamiania ratunkowego są sprzeczne. Oto, co udało nam się ustalić:
Wersja świadka: wstrząsająca nonszalancja
Środa wieczór, godz. 18.40, Michalina Jabkowska, nasza Czytelniczka idzie do sklepu. Zauważa na ulicy dziewczynę, która zatrzymuje ruch i wzywa pomocy. Na przejściu dla pieszych leży człowiek, przewrócił się i nie ma z nim kontaktu.
Robi się zbiegowisko, ludzie próbują pomóc mężczyźnie, dzwonią na pogotowie i policję. - Czekamy. Mija 10 minut, kolejne 10 minut. Zjawia się straż miejska z kocem termicznym i okrywa mężczyznę. Przyjeżdża policja - odpytuje i spisuje świadków zdarzenia. A karetki wciąż nie ma. Pojawia się dopiero ok. godz. 19.20. Czyli po 40 minutach od wezwania. Jesteśmy wstrząśnięci - opowiada Michalina Jabkowska.
Wersja policji: Ależ nie było informacji o zagrożeniu życia!
Policja potwierdza, że zgłoszenie z Małeckiego dostała o godz. 18.41: - 10 minut później wyjechał patrol, który na miejsce dojechał o godz. 19.15 - opowiada Andrzej Borowiak, rzecznika wielkopolskiej policji
Dlaczego patrol jechał tak długo: od zawiadomienia do przyjazdu minęło pół godziny?
- Ze zgłoszenia nie wynikało, że mężczyzna znajduje się w stanie nagłego zagrożenia życia - tłumaczy rzecznik.
Dlaczego policja nie wezwała na miejsce pogotowia? - Bo wcześniej zrobiła to straż miejska - dodaje Andrzej Borowiak.
Wersja Centrum Powiadamiania Ratunkowego: Działaliśmy natychmiast
W samym czasie świadkowie dzwonią także po pomoc na numer alarmowy 112.
Wojewódzkie Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Poznaniu potwierdza: - Zgłoszenie dostaliśmy dokładnie o godzinie 18:37. Operator Centrum przekierował je do dyspozytora medycznego w Rejonowej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu. Informacjami o tym, jakie działania zostały podjęte przez dyspozytora, dysponuje Rejonowa Stacja - pisze do nas Ilona Skwierzyńska, kierownik Wojewódzkiego Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Poznaniu.
I odsyła nas na Rycerską.
Wersja pogotowia: Karetka jechała osiem minut!
Ale pogotowie podaje kompletnie inną wersję zdarzenia. Jolanta Jackowska z Rejonowej Stacji Pogotowia Ratunkowego twierdzi, że było tak:
"O godz. 19.14 - dyspozytor przyjął zgłoszenie z telefonu komórkowego o nieprzytomnym człowieku, który leży na Małeckiego (w tym samym czasie takie samo zgłoszenie wpływa od straży miejskiej).
O godz. 19.15 - dyspozytor na miejsce wysyłał zespół ratownictwa medycznego.
Godz. 19.16 - zespół wyjechał do poszkodowanego.
Godz. 19.22 - karetka przyjechała na miejsce, i udzieliła choremu pomocy".
Karetka jechała zatem - jak łatwo policzyć - osiem minut, czyli według standardów ratunkowych dla miasta powyżej 10 tysięcy mieszkańców. Pogotowie zatem jest bez winy? Ale czy na pewno?
Wersję pogotowia zdementowała wczoraj straż miejska.
- Owszem, dzwoniliśmy na pogotowie ratunkowe po godzinie 19. Ale to było ponaglenie. Drugi z rzędu telefon z prośbą o pomoc - mówi zaskoczony Przemysław Piwecki, rzecznik straży miejskiej w Poznaniu.
- Poza tym - dodaje Piwecki - z naszych notatek wynika, że pogotowie przyjechało na Małeckiego o 19.25.
Czyli było jeszcze później .
Trzeba to wyjaśnić
Mężczyzna ostatecznie trafił do szpitala, jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo (pogotowie podaje, że był nietrzeźwy).
- Ale wtedy, kiedy leżał na ulicy, nikt z nas takiej wiedzy nie miał. Ten człowiek bezwzględnie wymagał pomocy - mówią świadkowie zdarzenia.
Jolanta Jackowska z Rejonowej Stacji Pogotowia przyznaje im rację: - Takich sytuacji nie można bagatelizować. Różnie bywa.
Dlaczego więc pogotowie nie przyjechało do mężczyzny po pierwszym telefonie? Co zadecydowało, że dyspozytor nie wysłał na miejsce od razu karetki?
To ma wyjaśnić Centrum Powiadamiania Ratunkowego.
Źródło: wyborcza.pl
