Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Jeśli ratownik medyczny nie pomaga tam, gdzie mu nie płacą, to co ma zmusić do udzielania pierwszej pomocy szarego obywatela - czytamy w portalu Gazeta.pl Katowice.

Tak, wiem, że zawracamy głowę pogotowiu ratunkowemu naszymi nieuzasadnionymi wezwaniami. Niepokoimy banalnymi gorączkami, dreszczami, wymiotami, omdleniami, gdy na autostradach giną ludzie. Przy temperaturze ciała powyżej 40 stopni powinniśmy pamiętać numer telefonu do lekarza rodzinnego lub adres naszej poradni i tam się udać, ewentualnie wiedzieć, która placówka aktualnie prowadzi opiekę ambulatoryjną w naszym mieście. A nie tak jak Marysia i Krzysztof, płatnicy składek zdrowotnych z Chorzowa, którzy późnym wieczorem w piątek tydzień temu pojechali sobie na stację pogotowia przy ul. Strzelców Bytomskich, podejrzewając u Marysi straszną chorobę. Tak jakby ratownicy medyczni nie mieli nic innego do roboty o godzinie 21.30, siedząc w pięć osób na schodach stacji, tylko badać przyjezdnych. Marysia i Krzysztof dotarli tam własnym samochodem, on prowadził ją pod pachę, prawie niosąc, liczyli pewnie na litość.

"Pomógłbym nawet pijanemu''

W zawodzie ratownika medycznego nie ma jednak miejsca na takie uczucie. Jest kontrakt z NFZ. Pogotowie przy Strzelców to ekipa wyjazdowa, a nie ambulatorium. To właśnie usłyszeli Marysia i Krzysztof od ratowników siedzących na schodach stacji. Mogli przejść na drugą stronę ulicy i wezwać tych ratowników, ale nie wpadli na ten pomysł, zbyt zaabsorbowani stanem Marysi. Może i dobrze, bo to ryzyko. Ratownicy musieliby ruszyć z pomocą, ale płatnicy składek zdrowotnych mogliby za to słono zapłacić. Wzywać karetkę do gorączki to prawie jak żart, kpina z pogotowia. - Jestem laikiem, skąd mam wiedzieć, że jak kobieta traci ze mną kontakt, skarży się na ból nerek, trzęsie, wymiotuje i mdleje mi na rękach, to nie umiera - tłumaczy się dzisiaj Krzysztof.

- Osobiście mogę powiedzieć, że jako lekarz w takiej sytuacji bym pomógł - przyznał w rozmowie z Gazetą Jerzy Wiśniewski, rzecznik Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach, gdy spytaliśmy go o etykę lekarską. - Pomógłbym nawet pijanej osobie - dodał.

Ale czy w ekipie wyjazdowej na schodach był lekarz? Wszyscy byli w jednakowych, czerwonych uniformach. Krzysztof jest przekonany, że przynajmniej jeden miał napisane na plakietce dr, jak doktor. Wiśniewski jednak w oficjalnym mailu zaprzecza. "W tym czasie lekarze udzielali pomocy w innym miejscu, wezwani do ratowania zdrowia i życia innej osoby" - pisze.

Więcej: katowice.gazeta.pl

Don't have an account yet? Register Now!

Sign in to your account