Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Ponad połowa pacjentów z zawałem serca w województwie śląskim z opóźnieniem trafia do specjalistycznych ośrodków kardiologicznych, bo pogotowie wozi ich na izby przyjęć w zwykłych szpitalach. Skutek to większa śmiertelność wśród chorych

- Próbowaliśmy wielokrotnie temu zaradzić. Niestety, bez skutku - przyznaje prof. Lech Poloński, wojewódzki konsultant w dziedzinie kardiologii.

Od ponad dekady wiadomo, że najskuteczniejszą metodą leczenia zawału serca jest balonikowanie, czyli mechaniczne udrożnienie zamkniętej przez zawał tętnicy zaopatrującej w krew mięsień serca. Jeśli zabieg jest wykonany w ciągu godziny od wystąpienia bólu, serce z zawału może wyjść bez szwanku. Potem w niedokrwionym mięśniu pojawia się martwica. Im więcej czasu upłynie od wystąpienia bólu do zabiegu, tym obszar martwicy jest większy.

Wiedzą o tym świetnie nie tylko kardiolodzy, ale także lekarze i ratownicy w pogotowiu. To podstawowa wiedza, jaką otrzymują na studiach. Nie korzystają z niej. Dowód: Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu to jeden z najlepszych ośrodków kardiologicznych w Polsce i jeden z pierwszych na świecie, który ćwierć wieku temu wprowadził 24-godzinny dyżur zawałowy po to, by ratować chorych, właśnie udrażniając zatkane tętnice.

A jednak mimo tak długich tradycji aż 52 proc. pacjentów trafiających z zawałem do ŚCChS pogotowie najpierw zawiozło do innych szpitali. - Spędzili tam niepotrzebnie kilkadziesiąt minut, czekając na karetkę, która potem przywiozła ich do nas. Ta strata czasu przekłada się na ich szanse na przeżycie - przekonuje prof. Poloński.

Zaznacza, że na ogół trudno stwierdzić w przypadku pojedynczego chorego, że przeżyłby po zawale rok czy dwa, gdyby miał szybciej zabieg. Jednak zbiorcze statystyki pokazują, że tak właśnie jest.

Czytaj więcej: katowice.gazeta.pl

Don't have an account yet? Register Now!

Sign in to your account