Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Michał Zienowicz i Filip Kulesza, gimnazjaliści z koszalińskiego Zespołu Szkół nr 13, ani na moment nie zawahali się, gdy zauważyli leżącego na działce nieprzytomnego mężczyznę. Ruszyli mu na pomoc.

Uczniowie przez cały czas, aż do przyjazdu karetki, reanimowali chorego. Mężczyzna trafił do szpitala i choć nie udało się uratować mu życia, młodzież pociesza się, że przynajmniej próbowała.

Wszystko wydarzyło się na terenie działek w rejonie ulicy Bosmańskiej.
Michał i Filip, uczniowie pierwszej klasy gimnazjum wraz z koleżanką Kasandrą Żmudą, szóstoklasistką i jej dwoma kolegami z klasy – Wojtkiem Cyrankowskim i Dominikiem Waczkowskim, zbierali się już z działek do domów. Gdy wracali, Filip zauważył w jednym z ogródków mężczyznę leżącego twarzą do ziemi. W pobliżu pracował inny działkowiec, miał jednak włączoną maszynę i chłopcy przypuszczają, że pewnie dlatego nie zauważył, co przydarzyło się jego sąsiadowi.

Chłopcy natychmiast pospieszyli leżącemu na ratunek. Poprosili działkowca, by pomógł im odwrócić go na plecy, sprawdzili choremu tętno, stwierdzili, że jest nieprzytomny i najpierw wspólnie z towarzyszącym im dorosłym, a potem sami reanimowali mężczyznę, uciskając jego klatkę piersiową. Reanimacją zajmował się głównie Michał, ale koledzy przez cały czas go wspomagali. Filip zawiadomił też żonę chorego mężczyzny, okazało się, że to znajomy jego dziadków. Kasandra wezwała pogotowie.

– To była szybka akcja. Nie myśleliśmy, czy coś może stać się nam albo temu panu. Był nieprzytomny, groziła mu śmierć, nie było na co czekać. Wokół zaczęli się zbierać ludzie, ale nie zwracaliśmy uwagi na to co mówią. Skupialiśmy się tylko na tym, co mamy robić. Przypominaliśmy sobie, co o pierwszej pomocy mieliśmy na zajęciach w szkole i to co, sami na ten temat czytaliśmy, widzieliśmy w telewizji. W trakcie naszej reanimacji ten pan dwa razy zareagował tak, jakby chciał zaczerpnąć powietrza. Był siny, nie wiadomo było, jak długo leżał tak z twarzą przy ziemi. To były straszne nerwy, straszne emocje, ale każdy tak by zareagował. Obecność kolegów dodawała nam otuchy – opowiadają Michał i Filip.

Chłopcy ratowali chorego aż do przyjazdu karetki, potem reanimacją zajęli się lekarz i ratownicy. – Bardzo długo trwała ta reanimacja w karetce – wspominają uczniowie. Kiedy auto odjechało na sygnale do szpitala, mieli nadzieję, że chory przeżyje. Zmarł jednak następnego dnia rano z powodu ciężkiego, rozległego zawału serca. Był mieszkańcem osiedla Morskiego, miał tylko 55 lat.

– Bardzo nam smutno, że ten pan zmarł. Przez cały czas, gdy go reanimowaliśmy, myśleliśmy tylko o tym, żeby przeżył. Nie udało się. To takie przykre, gdy człowiek bardzo się stara i coś mu nie wychodzi. Jesteśmy jednak dumni z tego, że próbowaliśmy coś zrobić. Gdybyśmy niczego nie zrobili, prawdopodobnie ten pan umarłby wcześniej, a tak przynajmniej rodzina mogła się jeszcze z nim pożegnać – mówią chłopcy.

O wyczynie uczniów wiedzieli tylko ich najbliżsi i szkolni koledzy, bo kilka dni po po zdarzeniu młodzi "ratownicy” opowiedzieli o nim w szkole na pokazie dotyczącym udzielania pierwszej pomocy, zorganizowanym przez studentów ratownictwa medycznego.

Niedawno szkołę odwiedziła Wiesława Łucek, wdowa po zmarłym działkowcu, któremu młodzież próbowała pomóc. Przyszła, by podziękować uczniom. – Te dzieci zasłużyły na ogromne uznanie. To jest nie do pomyślenia, co one zrobiły. Nie zastanawiały się, co robić, nie patrzyły, tylko działały. Wiem, że przeżyły wielką traumę, podobnie, jak my i pewnie długo się z niej będą otrząsać, ich postawa jednak naprawdę godna jest naśladowania i zasługuje na wyróżnienie. Wielu dorosłych nie wiedziałoby, jak zachować się w takiej sytuacji. Gdyby nie te dzieci, mąż prawdopodobnie umarłby od razu na działkach, a tak zyskał przynajmniej szansę na uratowanie życia, a my zyskaliśmy jeszcze trochę czasu na to, by przy nim być. Jestem im naprawdę bardzo wdzięczna. Udało mi się ustalić nazwiska tylko dwóch chłopców, ale chciałabym podziękować wszystkim, którzy próbowali wtedy pomóc mojemu mężowi – mówi wzruszona Wiesława Łucek.

Źródło: gk24.pl

Don't have an account yet? Register Now!

Sign in to your account