Skrajnie wyczerpana kobieta usłyszała od lekarza pogotowia: "Karetka to nie taksówka". - Nie jesteśmy przychodnią na kółkach - mówi Bogdan Kalicki, szef białostockiego pogotowia
Nasza Czytelniczka opowiada, że była odwodniona i miała bardzo wysoką temperaturę. Lekarz z pogotowia przyjechał i wystawił skierowanie do szpitala. Nie była w stanie sama dojechać.
- Myślałam, że pogotowie jest od tego, aby pomagać pacjentom w takich przypadkach. Lekarz rodzinny też nie chciał się pofatygować, bo na wizyty się trzeba umawiać. Przecież to chory system - mówi kobieta. W efekcie znalazł się ktoś z rodziny, kto zawiózł ją do szpitala.
Inny przykład podaje pan Piotr z Białegostoku, który spadł ze schodów i dość poważnie się poturbował.
- Zadzwoniłem na pogotowie. Tam usłyszałem, że może w ciągu godziny przyjadą, ale lepiej, żebym sam jakoś dojechał. Przychodnię mam po drugiej stronie ulicy. Poszedłem tam i liczyłem na to, że może w gabinecie zabiegowym ktoś popatrzy na te stłuczenia, może jakieś skierowanie dostanę. Powiedziano mi, że mam jechać na pogotowie. Pojechałem na Poleską. Ledwo, bo wszystko bolało. Stamtąd odesłano mnie do szpitala. Tam się już mną zajęli, ale czy ten system musi tak wyglądać? - zastanawia się pan Piotr.
Dyrekcja pogotowia tłumaczy, że od lat placówka zmaga się z plagą fałszywych alarmów. W 2011 r. do białostockiego pogotowia ratunkowego wpłynęło 274 tysiące zgłoszeń. W tym 16 tysięcy to zgłoszenia fałszywe lub - jak twierdzą pracownicy pogotowia - złośliwe.
Czytaj więcej: miasta.gazeta.pl
