Po dłuższym czasie bez medialnych doniesień na temat wpadek pracowników Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Powiatowego Centrum Zdrowia w Kartuzach, do naszej redakcji znów trafili nie najlepiej potraktowani przez lokalny szpital pacjenci. Do domu wypuszczono uczestników wypadku drogowego z długą listą obrażeń, tyle że zdiagnozowanych już u innych lekarzy.
Początek tej historii sięga czwartku, 3 listopada. W godzinach popołudniowych w Borowie dochodzi do wypadku drogowego. Jadący Seatem Leonem 52-letni mężczyzna najprawdopodobniej zasypia za kierownicą, zjeżdża na przeciwległy pas ruchu i uderza w Fiata Uno.
Autem tym podróżują 31-letni mężczyzna oraz dwójka jego synów w wieku 4 lat. Jadą na cmentarz, na grób dziadka malców. Ojciec, widząc że seat z naprzeciwka jedzie prosto na nich krzyczy tylko do synów - Zamknijcie oczka! Dochodzi do kolizji. Fiat uderzony zostaje w lewy bok. Najbardziej poszkodowani są kierowca oraz siedzący za nim Pawełek, narzekający na ból rączki.
Na miejscu pojawiają się dwie karetki pogotowia. W jednej opatrywany jest ojciec, w drugiej dzieci. No i w zasadzie już od tego momentu zaczynają się problemy.
- Gdy powiedziano mi, że maluchom nic takiego się nie stało, chciałam je zabrać do domu. Mają złe wspomnienia związane z ambulansami i płakały. Lekarz powiedział mi jednak, że nie ma takiej opcji i że zabierają je do Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku. Nie wiem dlaczego, ale karetka nie pojechała do Gdańska, tylko do Kartuz.
Dalej relacja obojga rodziców jest jeszcze ciekawsza.
- Jak tylko wwieźli mnie na SOR, usłyszałem komentarz doktora: "Nawet kawy nie można spokojnie wypić", wyraźnie niezadowolonego z tego, że tam trafiłem. Trzeszczało mi coś w klatce piersiowej i strasznie bolał mnie kręgosłup. Mówiłem, że byłem tam operowany i że jestem pod stałą opieką onkologa, ale powiedziano mi, że to nieistotne - relacjonuje pan Michał.
Zrobiono mu prześwietlenie, a także pobrano mocz i krew. Rentgen nic jednak zdaniem lekarzy nie wykazał, w moczu wykryto krew, ale zdaniem lekarza także na dopuszczalnym poziome, zaś próbek krwi nawet nie zabrano do analizy, bo zostały przy pacjencie. Po godzinie wypis był już gotowy i pan Michał miał wracać do domu.
Podobnie było z jego dziećmi. Jak opowiedziała nam matka, bolącą rączkę Pawełka lekarz jedynie dotknął, po czym stwierdził że złamania nie ma. Spojrzał też na jego ranę przy skroni, ale uznał, że to nic takiego.
Czytaj więcej: kartuzy.info
