Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt nowelizacji ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, dzięki której szpitalne oddziały ratunkowe i centra urazowe mają być finansowane w zależności od tego, ilu pacjentów przyjmują - poinformował rzecznik prasowy resortu Piotr Olechno. Okazuje się jednak, że do centrów urazowych trafiają nie tylko pacjenci z ciężkimi, mnogimi lub wielonarządowymi obrażeniami ciała.
Zgodnie z ustawą o PRM centrum urazowe to "wydzielona funkcjonalnie część szpitala, w rozumieniu przepisów o zakładach opieki zdrowotnej, w którym działa SOR, w której to części specjalistyczne oddziały są powiązane ze sobą organizacyjnie oraz zakresem zadań, w sposób pozwalający na szybkie diagnozowanie i leczenie pacjenta urazowego, spełniającą wymagania określone w ustawie", zaś pacjent urazowy to "osoba w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego spowodowanego działaniem czynnika zewnętrznego, którego następstwem są ciężkie, mnogie lub wielonarządowe obrażenia ciała".
Tyle teoria, a jak jest w praktyce? - We wrześniu na 7 tys. chorych mieliśmy tylko 10 z obrażeniami wielonarządowymi. Pozostali nie kwalifikowali się do leczenia w centrum i blokowali tylko łóżka pacjentom czekającym na zaplanowane zabiegi specjalistyczne - relacjonuje Bogusław Poniatowski, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku.
- Trafiają tutaj wszyscy chorzy z wypadków, a nawet pacjenci ze złamaniem jednej kości czy zwichnięciem, którzy spokojnie mogliby być zaopatrzeni w szpitalu powiatowym - mówi o centrum urazowym w Szpitalu Uniwersyteckim im. Jurasza w Bydgoszczy dr Przemysław Paciorek, konsultant w dziedzinie medycyny ratunkowej w woj. kujawsko-pomorskim.
- Z powodu centrum mamy 4 mln zł długu. Wszystko przez to, że Narodowy Fundusz Zdrowia płaci nam tylko za naszą gotowość do udzielania pomocy. Dostajemy więc 16 tys. zł za dobę, a powinniśmy np. 35 tys. zł. Tymczasem przyjmujemy codziennie 120 pacjentów - komentuje płk dr n. med. Piotr Dąbrowiecki, zastępca komendanta Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.
Kryteria kwalifikacji osoby w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego do leczenia w centrum urazowym (co najmniej 2 spośród 6 wymienionych obrażeń anatomicznych oraz co najmniej 2 spośród 5 wymienionych zaburzeń parametrów fizjologicznych) określa rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 18 czerwca 2010 r. w sprawie centrum urazowego (Dz. U. Nr 118, poz. 803).
Problem w tym, że prawa tego nie respektują ani nieprzeszkoleni odpowiednio ratownicy, ani szpitale odsyłające na ostry dyżur, ani pacjenci traktujący centra urazowe, jak i SOR-y jak przychodnie, ani lekarze pierwszego kontaktu, dążący do obniżenia kosztów funkcjonowania swoich gabinetów.
Jak mówi dr Paciorek, świadczenia w centrum urazowym miały być finansowane przez Ministerstwo Zdrowia. Jednak resort zdecydował w kwietniu, że zapłaci za nie NFZ. - Zapłacimy za leczenie tylko tych chorych, którzy kwalifikują się do leczenia w centrum - podkreśla Andrzej Troszyński, rzecznik prasowy NFZ.
Według prof. Juliusza Jakubaszki, byłego konsultanta krajowego w dziedzinie medycyny ratunkowej, NFZ powinien płacić oddzielnie za procedury medyczne, które wykonuje personel SOR i centrów urazowych. Jednocześnie stałą gotowość tych oddziałów do pracy trzeba finansować z budżetu wojewodów na ratownictwo medyczne.
- Centrum urazowe nie wymaga oddzielnej umowy z NFZ, ponieważ nie jest osobnym oddziałem, ale działa na bazie dotychczas istniejącej struktury szpitala. Świadczenia, które są tam realizowane, są finansowane w zależności od stopnia ich skomplikowania. W związku z uruchomieniem centrów urazowych wprowadzono dodatkową możliwość sprawozdawania 8 nowych grup rozliczeniowych odpowiadających skomplikowanym procedurom, które są wysoko wycenione (5-27 tys. zł) - twierdzi Adam Dębski, rzecznik prasowy podlaskiego NFZ.
W Polsce działa 14 centrów urazowych - nie ma ich w województwie zachodniopomorskim i świętokrzyskim.
Źródło: nagle.mp.pl
