Wsiadamy na motorówkę WOPR-u. Trzeba się spieszyć, na betonowcu był poważny wypadek. Chyba ktoś nie żyje. Jest sobota rano. Biorę udział (jako obserwator rzecz jasna) w ćwiczeniach służb ratowniczych.
Dostajemy informację: pracownicy przygotowujący scenę na betonowcu (wrak stoi na mieliźnie, na jeziorze Dąbie) mieli wypadek. Jeden nie oddycha, drugi ma złamanie otwarte nogi. Ktoś z ekipy budowlanej dzwoni pod 112. Czekamy na łodzi obserwacyjnej. Dyrektor Centrum Zarządzania Kryzysowego mierzy czas. 5 minut. Już z daleka słychać syreny. Pierwsza przypływa motorówka policji, tuż za nią dwie ekipy WOPR-u. Ratownicy wchodzą na betonowiec po chybotliwej drabince. To jedyna droga. Jedni zaczynają reanimację poszkodowanego, drudzy biegną usztywnić nogę i zatamować krwotok u 17-letniego chłopaka. Jest zimno i niebezpiecznie, statek jest cały pokryty kilkumetrowymi dziurami, w które bardzo łatwo wpaść.
Kiedy sytuacja jest opanowana, okrywają obu mężczyzn kocami termicznymi i kładą na specjalnych noszach. Teraz trzeba ich sprowadzić na dół. Do tego potrzebna jest ekipa ratowników wysokościowych, którzy na miejsce przyjeżdżają ekspresowo. Zakładają stanowisko ewakuacyjne, przyczepiają siebie i nosze do lin i transportują na dół do motorówek. Obaj poszkodowani płyną do szpitala. Wszystko kończy się dobrze. Ale to nie koniec. W motorówce ratowników słychać kolejny alarm. Tym razem kłopoty mają dzieci płynące na żaglówce. Mężczyzna, który prowadził łódkę, dostał bomem w głowę i stracił przytomność. Nikt inny nie wie, jak obsłużyć sprzęt. Jeden z małych żeglarzy wpada do wody. Płyniemy najszybciej, jak się da. Na miejscu są już policja i ratownicy. Chłopiec w wodzie woła o pomoc. Jeden z WOPR-owców przebiera się w piankę i wskakuje, by go ratować.
Przed służbami jeszcze dwa trudne zadania. Na plaży mieleńskiej w wyniku bójki jeden z mężczyzn jest raniony nożem. Chwilę później dochodzi sygnał z Trzebieży. Jacht, na którym jest sześć osób, szybko nabiera wody. Trzeba ratować ludzi. Tu także wszystko idzie sprawnie.
- Ćwiczenia zostały zorganizowane po to, żeby sprawdzić, czy służby potrafią dobrze ze sobą współpracować i czy jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, wszyscy będą wiedzieli, co mają robić - mówi Tomasz Zalewski, szef zachodniopomorskiego WOPR-u. - Okazało się, że akcje przebiegły bardzo sprawnie. W skali od 1 do 10 oceniłbym je na 9,5. Te minimalne niedociągnięcia są tylko formalne i nie mają nic wspólnego z ratowaniem ludzi.
- To były sytuacje, które zdarzyły się naprawdę w zeszłym roku lub wcześniej - wyjaśnia wojewoda, który był kierownikiem i obserwatorem ćwiczeń. - Chodziło o to, by wszystko było jak najbardziej realistyczne. I udało się. Będziemy analizować po kolei cały przebieg, ale wygląda na to, że wszystko poszło naprawdę dobrze.
W ćwiczeniach wzięły udział wszystkie zachodniopomorskie służby ratownicze. Był WOPR, strażacy, policja, straż graniczna, przedstawiciele centrum zarządzania kryzysowego.
